— Jest chory i czymś zdenerwowany — tłumaczyła jakby w poczuciu winy Maria Iwanowna.
— Zgłupiał i zniedołężniał, nadaje się tylko na klej i na mydło — zasyczał zirytowany Grubski.
— Jeszcze zobaczymy, do czego nadaje się Topolew! — krzyknął stary, lecz gość już go nie usłyszał. Szczęknęły zasuwy drzwi zamkniętych przez Marię Iwanownę i dom, którego spokój zmąciła nieoczekiwana wizyta, znów pogrążył się w ciszy.
Topolew wciąż chodził tam i z powrotem założywszy ręce w tył i mruczał pod nosem. Powoli uspokoił się. Nagle wzrok jego padł na butelkę wina przyniesioną przez Grubskiego. Podniósł ją i parsknął śmiechem. Gniew go opuścił. Czuł się tak, jak gdyby dokonał trudnego lecz dobrego dzieła.
— Doprawdy, na tę intencję można nawet wypić — uśmiechnął się. Napełnił kieliszek gęstym, purpurowym winem, upił trochę i starannie otarł wąsy. — Niezłe lekarstwo, na pewno pójdzie choremu na zdrowie.