— Pomocnika swego wysłałem na bazę do Szmielowa, żeby nam stary pomógł wygrzebać się jakoś z tych zasp. Ja mu też pomagałem, dwa dni poprawiałem drogę do bazy. Teraz przyszła kolej na niego. Boję się tylko, że mój posłaniec zabłądził — utyskiwał Silin, zadowolony, że może się wygadać.
— Powiem ci, żeś niepotrzebnie wysłał swego pomocnika. Zawieja znowu się rozpęta i twój towarzysz może łatwo zginąć — odezwał się pouczającym tonem Karpow. Stał zasłaniając sobą drzwi i z ożywieniem i ciekawością rozglądał się po mieszkaniu traktorzysty. — Uważam też, iż niepotrzebnie rzucasz się teraz z łopatą na śnieg. Daremny trud! Miej cierpliwość, przeczekaj aż przestanie wiać, wtedy się odkopiesz. Tylko na jedno teraz zwróć uwagę: żeby wyjścia nie zasypało.
Silin puścił mimo uszu rady rybaka i spojrzał na niego z niechęcią. Beridze, już rozebrany, siedział na taborecie przy piecu i wyjmował z plecaka jedzenie.