— Przecież zniknął ten twój władca zamieci.
— Nie zniknął, tylko szuka zacisznej drogi. Szuka, powiadam, spokojnej drogi. Wiatr wieje strefami. Prawdziwa róża wiatrów, róża wiatrów, mówię!
Aleksjej próbował zapytać, czy daleko do rybackiego osiedla, ale gdy otworzył usta, zachłysnął się wiatrem.
Rybak wyrósł obok nich równie nieoczekiwanie jak poprzednio. Nie zatrzymując się minął ich i poszedł w przeciwnym kierunku.
— Nie znajdzie on tej swojej bajecznej drogi — zwątpił Kowszow.
— Znajdzie! Teraz widocznie przecina kierunek wiatru.
Rybak rzeczywiście odnalazł drogę. Idąc za nim inżynierowie stoczyli się w jakąś kotlinę. Na prawo i na lewo do wysokości dwukrotnie przekraczającej wzrost człowieka wznosiły się zaspy śnieżne. W górze szalała zamieć, ale tu śnieg padał powoli i wiatr wiał stosunkowo spokojnie. Usypany przez burzę wąwóz biegł nie prosto, lecz zygzakiem. Rybak prowadził ich tu tak pewnie, jak po ubitej ścieżce.